MENUMENU

NOSY BE

Wyspa należąca do Madagaskaru.
Kraina lemurów i rajskich plaż.

LEFKADA

Zapraszamy na wyspę, którą śmiało można nazwać mniejszą siostrą Kefalonii.

MALTA - GOZO - COMINO

Malta - Największe muzeum pod gołym niebem.
Gozo - Kraina opuncji.
Comino - Błękitna Laguna.

Jedno z piękniejszych miast Europy Środkowej, miejsce, które zachwyci nawet najbardziej wymagających turystów, miasto, które zyskało przydomek „miasta stu wież”.

Serce Pojezierza Drawskiego, krainy puszcz i jezior. Idealna odskocznia od zgiełku codzienności.

Monumentalne zabytki, bogata historia starożyntości na wyciągnięcie ręki, miejsca, o których wuczyliśmy się w szkole. To wszystko, w jednym miejscu.

Jedna z najbardziej zielonych, greckich wysp na Morzu Egejskim.

Jak najkrócej opisać Gruzję?
- niesamowita kuchnia
- pyszne wino
- bogata kultura
- wspaniałe zabytki

SZPINDLEROWY MLYN
previous arrow
next arrow
PlayPause
ArrowArrow
Slider

REYKJAVIK

Islandię postanowiłem odwiedzić wraz z moją drugą połówką, zimową porą, w lutym 2015 roku. W zasadzie, cały pierwszy dzień musieliśmy przeznaczyć na podróż. Z samego rana wylatywaliśmy z Okęcia, liniami Norwegian do Oslo-Gardermoen, gdzie musieliśmy przeczekać około 8 godzin na następny lot, już bezpośrednio na Islandię, liniami IcelandAir. Niestety jeszcze wtedy, zimą nie było bezpośrednich połączeń na trasie Warszawa – Keflavik, realizowane były takowe latem, liniami WOW Airlines. Obecnie, przez cały rok, można bezpośrednio polecieć na Islandię z Gdańska, tanimi liniami lotniczymi WizzAir. Finalnie na wyspę dolecieliśmy chwilę przed północą, gdzie przed lotniskiem czekał już na nas przewoźnik, u którego wykupiliśmy wcześniej transfer na trasie lotnisko-hotel-lotnisko. Autokar dowozi pasażerów bezpośrednio na dworzec autobusowy w Reykjaviku, z którego klienci rozwożeni są potem mniejszymi busikami do poszczególnych hoteli. Przejazd z lotniska do stolicy wyspy to około 40 minut drogi. Tym samym około 1 w nocy, byliśmy na miejscu, przed Guesthouse’m Aurora, który wybraliśmy na tydzień naszego pobytu na Islandii. Co ciekawsze, zaraz po dokonaniu rezerwacji (poprzez booking.com) właściciele wysłali nam maila z kodem do drzwi wejściowych, oraz z dokładną instrukcją, gdzie znajdziemy klucze do pokoju.

Drugi dzień naszego pobytu na Islandii, rozpoczęliśmy od zapoznania się z okolicą. Niespełna 200-300 metrów od miejsca, w którym spaliśmy, wznosi się ponad cały Reykjavik, kościół Hallgrímskirkja będący drugą, najwyższą budowlą na wyspie. Wykorzystując piękną, słoneczną pogodę zdecydowaliśmy się wykupić wjazd na wieżę kościoła (700 ISK – os. dorosła, 100 ISK – dzieci do lat 12) co okazało się wspaniałym pomysłem. Widok, który ujrzeliśmy zapierał dech w piersiach. Panorama tegoż spokojnego miasta, otulona promykami dopiero co wstającego słońca, była powalająca! Na szczycie wieży spędziliśmy dobre 20 minut, fotografując miasto z każdej możliwej perspektywy. Poniżej zamieszczam jedną z panoram, którą udało się zrobić.

Z placu, na którym stoi kościół, rozchodzi się promieniście w dół miasta kilka dróg. Obraliśmy jedną z nich, kurs na nabrzeże, by z bliższej odległości móc przyjrzeć się górom, schodzącym bezpośrednio do wód zatoki Fax’a. Po zrobieniu kilku zdjęć udaliśmy się w stronę nadbrzeżnej rzeźby Sólfar, która przypomina dawną łódź wikingów. Sólfar jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Reykjaviku, a jej położenie daje możliwości wykonania wielu atrakcyjnych, pamiątkowych zdjęć. Pogoda jak widać na poniższym zdjęciu, w dalszym ciągu nam dopisywała.

Tak jak wyżej wspomniałem, to miał być dzień zapoznawczy, więc po spacerze nad morzem, postanowiliśmy pochodzić trochę po mieście w celu odszukania innych atrakcji, które chcemy zwiedzić w następnych dniach. Udaliśmy się również do informacji turystycznej aby nabrać różnego rodzaju broszur informacyjnych, które miały nam pomóc w planowaniu wolnych dni na Islandii. Oczywiście udaliśmy się również do banku, w celu wymiany waluty. Będąc na Islandii, należy pamiętać, że wymian dokonuje się właśnie w placówkach bankowych. Naszych złotówek niestety, nie ma możliwości tam wymienić. Będąc w Reykjaviku, nikt nie powinien mieć specjalnych kłopotów ze znalezieniem punktów z informacją, w centrum miasta jest ich wiele i są bardzo dobrze oznakowane. Chodząc po mieście przez około godzinę, z mapką w ręku, bez problemu odszukaliśmy wszystkie miejsca, które chcemy w następnych dniach odwiedzić.

Przed przyjazdem naczytaliśmy się wiele, o słynnych islandzkich hot-dogach, które Islandczycy nazywają „pylsur”, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza kiełbaskę. Podczas spaceru natrafiliśmy na bar „Bajarins Beztu Pylsur” (Najlepszy hot-dog w mieście), o którym to właśnie rozpisują się wszystkie przewodniki. Zlokalizowany jest mniej więcej pomiędzy reykjawickim pchlim targiem a głównym terminalem autobusowym. W tym barze jadł chociażby Bill Clinton, który uznał owe kiełbaski za najlepsze hot-dogi na świecie! Nie omieszkaliśmy ich spróbować, i z pewnością możemy potwierdzić słowa Billa. Były pyszne! Taka przyjemność to koszt 380 ISK, a jeśli ktoś chciałby sobie go popić jakimś napojem gazowanym, to musiałby wyszukać kolejne 250 ISK. Hot-doga najlepiej wziąć z wszystkimi dodatkami czyli, z cebulką, ketchupem i musztardą.

Chwilę potem szliśmy już w stronę dworca i natknęliśmy się na knajpkę na kółkach „Lobster Hut”, gdzie przede wszystkim serwowana jest zupa z homara za 1290 ISK. Będąc już przy okazji, stwierdziliśmy, że tego specjału również spróbujemy. Powiem szczerze, że czegoś tak pysznego to nie jadłem. Osobiście polecam wariant ze śmietanką.

Na sam koniec naszych wojaży trafiliśmy na zamarznięte praktycznie w całości, jezioro Tjörnin, na którego tafli, Islandki grały w piłkę nożną, a inni mieszkańcy karmili z rąk łabędzie i kaczki. Poniżej prezentuje panoramę, która przedstawia jezioro w samym centrum starego miasta.

Po spacerze, wróciliśmy do pokoju i jedyne co nam pozostało, to poczekać do 19:30 na minibusa, który miał po nas przyjechać i zabrać na wycieczkę związaną z zorzą polarną. Byli punktualnie. Aby wszystko szło im sprawniej, a klienci nie musieli marznąć stojąc pod hotelem, firma organizująca wycieczki, wysyła po klientów minibusy, do których wchodzi kilkanaście osób, a potem zwozi ich na główny terminal autobusowy, skąd rozjeżdża się już normalnymi autokarami. Wywieźli nas w bardzo ustronne miejsce miejsce, gdzie nie ma łuny miasta, która może przeszkadzać w oglądaniu tego pięknego zjawiska. Wiadomo, zorza jest czymś wyjątkowym i nawet w takim miejscu jak Islandia, nikt nie jest w stanie zagwarantować tego, że się ją zobaczy. Jedno jest pewne – organizatorzy zrobią wszystko, aby to się udało. Po mniej więcej 1,5 godziny stania w miejscu, na kompletnym pustkowiu (na szczęście jest tam mały bar serwujący kawę i kanapki) zawołali wszystkich do autokarów informując, że w tym miejscu już na pewno nic się nie wydarzy, i że jedziemy poszukać szczęścia gdzie indziej. W końcu czas przeznaczony na tą wycieczkę to między 3 a 5 godzin więc można próbować. Jadąc w kolejne miejsce, autobus nagle zahamował na środku drogi (teraz już na prawdę nic wkoło nie było, poza śniegiem po pas) i kazano nam wybiec na pobocze, gdyż pojawiła się zorza. Nie była zbyt intensywna, ale i tak robiła ogromne wrażenie. Gdy zniknęła, przenieśliśmy się w kolejne miejsce. Tym razem był to parking, więc bez obaw można było wysiadać w autokaru. Tym razem spektakl trwał o wiele dłużej (około 20 minut) i był bardziej intensywny ,ale nie na tyle by zrobić ładne zdjęcie. Skoro już o zdjęciach mowa, to niestety ale nie wyszło nam żadne ,co spowodowane było przede wszystkim słabym światłem zorzy, ale jak popatrzyłem na innych, to mieli podobny problem. Najważniejszy tak na prawdę w tym wszystkim, był sam fakt jej zobaczenia.

Do hotelu wróciliśmy około 1:30 w nocy, a rano o 6:00 musieliśmy już wstać, gdyż następnego dnia czekała nas wycieczka objazdowa o wdzięcznej nazwie Golden Circle. Więcej o Golden Circle znajdziecie w tym miejscu –> http://tu-i-owdzie.pl/2017/12/20/golden-circle/

Na czwarty dzień naszego wyjazdu zaplanowaliśmy sobie odwiedzenie reykjawickich muzeów, co z początku okazało się dobrym pomysłem, gdyż tego dnia, przywitała nas, typowo islandzka pogoda. Deszcz, mglisto, temperatura na plusie, śnieg topniał w zatrważającym tempie (w mieście rano już prawie go nie było).

Po śniadaniu, nie śpiesząc się, poszliśmy do Starego Portu, w którym chcieliśmy zwiedzić Maritime Museum. Z centrum Reykjaviku (okolice terminalu autobusowego) spacer do portu zajmuje około 5 minut. Na wejściu do mariny wita nas ogromna, ilustrowana tablica z planem całego obiektu, więc każdy bez problemu odnajdzie na niej, to czego szuka w tym miejscu. Są na niej pooznaczane wszystkie firmy, które mają tam swoje siedziby (firmy zajmujące się wyprawami morskimi – oglądanie maskonurów, waleni, połowy ryb, rejsy wycieczkowe wzdłuż wybrzeża), obiekty gastronomiczne itp. Można powiedzieć, że port… jak to port, ale jednak moim zdaniem, nie wiedzieć czemu ma coś w sobie, w szczególności jeśli weźmie się pod uwagę, jak bardzo ważny w życiu każdego Islandczyka jest ocean. Poniżej foto z portu.

Po drodze do muzeum, które znajduje się praktycznie na końcu portu, przeglądaliśmy również oferty rejsów, których celem jest podziwianie waleni, delfinów, orek oraz innych zwierząt pływających u wybrzeży Islandii. Dochodząc już do drzwi muzeum, gdy pogoda była słoneczna, zdecydowaliśmy się zawrócić i wykupić bilety na rejs w poszukiwaniu waleni z Elding Whale Watching. Zimową porą rejsy odbywają się każdego dnia o godzinie 13:00. Z racji zmieniającej się z minuty na minutę pogody, oraz informacji od rybaków odnośnie waleni, firma organizująca rejs zdecydowała się na wypłynięcie z innego portu, a dokładniej z Keflaviku. Bilety na rejs, które zakupiliśmy, pozwalały nam na darmowe wejście na stateczek, na którym mają mini muzeum poświęcone waleniom i nie tylko. Oczywiście skorzystaliśmy z tej możliwości, czekając na autokar, który miał zawieść nas do portu w Keflaviku.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, od razu powiedziano nam abyśmy wchodzili na pokład ich łodzi i zajmowali miejsca dogodne do obserwacji. Im wyżej, tym lepiej, tak więc oczywistym było, że udaliśmy się na górny pokład. Na łodzi były 3 łazienki, barek z ciepłymi napojami i przekąskami w dość przystępnych jak na Islandię cenach, do tego każdy mógł przywdziać specjalny strój, ubierany na morskie wyprawy, zimową porą. Foto obok. Już samo to było nie lada atrakcją!

Niestety mimo 3,5 godzinnego rejsu, prócz wybrzeża i oceanu, nie ujrzeliśmy żadnego morskiego stwora. Nasz rejs zakończył się w porcie w Hafnarfjörður, położonym kilkanaście minut jazdy od Reykjaviku. Wbrew temu całą tą wycieczkę uważam za udaną, w końcu nie każdy ma okazję pływać na północnych rubieżach oceanu atlantyckiego, zimową porą, przy wzburzonej wodzie. Na szczęście choroba morska mnie nie dopadła, aczkolwiek niektórzy mieli z nią mniejsze lub większe problemy. Warto zwrócić uwagę na to, że już kupując bilety, można sobie bezpłatnie wziąć tabletkę na ową chorobę. Nawet na statku, przy barze leżą w miseczce, jak cukierki. Nic tylko się częstować. W końcu szkoda przegapić walenia, słuchając szumu morza, nie tam gdzie się powinno.

Niżej wrzucam zjdęcie łodzi, którymi pływa się w poszukiwaniu waleni. 

Każdy uczestnik rejsu, który chciał, mógł pobrać voucher (ważny 2 lata) na kolejny rejs, z powodu nie ujrzenia, żadnego morskiego stworzenia. Jest powód by wrócić.

Kolejny dzień naszego wyjazdu poświęciliśmy na dalsze zwiedzanie miasta oraz wizyty w reykiawickich muzeach.

Rano po śniadaniu poszliśmy bezpośrednio do Maritimie Museum – tym razem już nic nas nie zatrzymało! Jak już wcześniej pisałem, muzeum zlokalizowane jest w porcie, praktycznie na jego końcu. Wejście to koszt 1 400 ISK dla osoby dorosłej, studenci do 25 roku życia po naliczeniu zniżki płacą 800 ISK, zaś dzieci do 18 roku życia i osoby po 70ce mają bezpłatny wstęp. Obiekt czynny jest każdego dnia w godzinach 10-17. Muzeum przede wszystkim związane jest z rybołówstwem, w końcu to właśnie na tym rzemiośle oparty był rozwój osadnictwa nad zatoką Faxa. Zwiedzając je, poznajemy chociażby jak kiedyś wyglądało przetwórstwo ryb (głównie suszenie), jak wyglądały dawne łodzie rybackie, wykorzystywane do połowu wielorybów oraz to jakimi narzędziami na przestrzeni wieków posługiwali się islandzcy rybacy. W muzeum znalazło się także miejsce na chwile refleksji, na ścianie przy schodach wiodących na 1-sze piętro, wypisani są islandzcy rybacy, którzy nigdy nie wrócili do swoich portów. Czas jaki należy wygospodarować na zwiedzanie tego obiektu to około 1-1,5 h. Gdyby ktoś zgłodniał, to na miejscu, rzecz jasna jest restauracja, a poza nią sklepik z pamiątkami. Kilka zdjęć z muzeum 🙂

Tuż przed wejściem do kolejnego muzeum, zadzwoniła do mnie Pani z biura, w którym mieliśmy na następny dzień wykupioną wycieczkę na trekking po lodowcu. Niestety z racji bardzo złych warunków pogodowych odwołano ją. Mimo smutku jaki nam towarzyszył przez chwilę po tej wiadomości, należy w pełni docenić podejście biura, gdyż wg oferty, gdy są złe warunki, zamiennie jadą do wioski wikingów. Ci jednak dali nam wybór, czy chcemy w ten sposób spędzić nasz dzień, czy chcemy z tego zrezygnować. A równie dobrze, mogli rano po nas przyjechać i w autokarze poinformować, iż z racji złej pogody pojedziemy gdzie indziej. Z biurem umówiliśmy się, że w przeciągu 2-3 godzin, podejdziemy do nich z decyzją. W końcu byliśmy już przed samym wejściem do kolejnego muzeum.

Tym muzeum było Islandzkie Muzeum Narodowe, zlokalizowane tuż przy głównej drodze wylotowej z Reykjaviku, przy krańcach jeziora Tjörnin. Z centrum Reykjaviku, idzie się tam około 10 minut. Wejście do muzeum dla osoby dorosłej to 1 500 ISK, dla studentów oraz osób po 67 roku życia to 750 ISK, zaś dla dzieci do 18 roku życia, tak jak w przypadku Maritimie Musuem, wejście jest bezpłatne. W sezonie zimowym (od 16.09 do 30.04) otwarte jest od wtorku do niedzieli w godzinach 11-17. W sezonie letnim, czyli od 1 .05 do 15.09 czynne jest codziennie 10-17. Od 2004 roku, kiedy to po sześcioletnim remoncie, muzeum zostało ponownie otwarte, można podziwiać tam stałą ekspozycję „Jak powstaje naród. Kultura i społeczeństwo na przestrzeni 1200 lat”. Ta interaktywna wystawa, przedstawia dzieje Islandczyków od zarania dziejów, po dziś dzień. Podziwiać można tam przedmioty codziennego użytku, z których korzystali pierwsi osadnicy, zobaczyć jak wyglądały, pierwsze Islandzkie, drukowane księgi czy przedmioty związane z chrześcijaństwem, które na Islandii przyjęte zostało w roku 1000. Muzeum jest na prawdę ciekawe i zdecydowanie polecam wybrać się do niego. Czas, jaki należy poświęcić na zwiedzanie muzeum to nieco ponad 2 godziny.

Tak jak się rzekło, udaliśmy się do biura podróży z decyzją. Zrezygnowaliśmy z tej wycieczki i w poszukiwaniach jakiejś alternatywy udaliśmy się do informacji turystycznej. Przeglądając tam różne foldery, wybraliśmy na następny dzień jazdę konną Kucami Islandzkimi, którą też z racji prognoz nam odradzano.

Tego dnia, przywitała nas straszna ulewa. Długo nie myśląc, zadzwoniliśmy do stadniny Laxnes, czy aby na pewno nasza wycieczka się odbędzie. Pani nieziemsko się roześmiała, twierdząc, że to Islandia i taka pogoda to norma. Dodała, że mają płaszcze przeciwdeszczowe oraz to, iż aura pewnie zmieni się jeszcze niejednokrotnie, w ciągu tego dnia.

Tym razem, bus, który po nas przyjechał, należał do stadniny, tak więc bez żadnych przesiadek, udaliśmy się do celu. Farma Laxnes, znajduje się około 20 km na zachód od Reykjaviku, przy drodze krajowej nr 36, prowadzącej do PN Thingvellir. Gdy dojechaliśmy na miejsce, pierwszym, który nas przywitał był pocieszny, pies Kalli z rasy islandzkich szpiców pasterskich.

Powiem szczerze, spodziewałem się nudnych i długich prelekcji odnośnie koni, ich zachowań, jazdy na nich etc. Spodziewałem się, że po wejściu na konia, ktoś prowadzac go za lejce, zaliczy z nami krótki spcerek. Nic bardziej mylnego! Weszliśmy do stadniny. Kto chciał mógł wziąć z farmy robocze ubranie – było dosłownie wszystko: buty, rękawice, kurtki, spodnie, kaski.

Chwilę po przebraniu byliśmy już w stajni. Pracownik farmy, każdemu indywidualnie wybierał wierzchowca, dopasowując go do umiejętności przyszłego jeźdźca (jako umiejętności, rozumiem tutaj, również ich brak). Po doborze konia, każdy musiał wyprowadzić go przed stajnie i samodzielnie dosiąść, co dla niewprawionych, w tym dla mnie, było nie lada zabawą. Każdy z uczestników dostał krótką instrukcję – jak skręcać, jak hamować, jak przyspieszyć. I to by było na tyle jeżeli chodzi o teorię. Czas na praktykę.

Sama przejażdżka trwała około 2 godzin, a co najważniejsze, wiodła bardzo urozmaiconą trasą. Pierw przemierzyliśmy dolinę, by wjechać w góry, trzykrotnie przeprawialiśmy się przez rzekę, by w promieniach słońca, powrócić do stadniny. Podczas tych 2 godzin, pogoda jaka nam towarzyszyła, była zmienna, nie do przewidzenia. Na początku panowała zamieć, potem wyszło ogrzewające słońce, aby po kilku minutach uraczył nas grad. Wszystko to sprawiło, że podczas tej konnej wędrówki, towarzyszyły nam wielkie emocje, rzecz jasna, pozytywne!

Rasa tych koni, została wyhodowana na Islandii. Są mniejsze od innych koni, stąd nazwa kuc. Ważną cechą tej rasy, jest ich długowieczność i wytrzymałość.

Na przedostatni dzień naszego pobytu, mieliśmy wykupiony transfer do Blue Lagoon. Spa położone jest na obszarze geotermalnym, na półwyspie Reykjanes, kilkanaście kilometrów od Keflaviku. Więcej znajdziecie tutaj –>

Nie można pominąć, innych Reykjavickich zabytków. W szczególności należy podejść pod pomnik Ingulfura Arnarssona . Toć to on odkrył Islandię i założył Reykjavik w 874 roku. Jeszcze nieco ponad 200 lat temu zamieszkiwało go około 600 osób, a dzisiaj jest największym i zarazem najbardziej zaludnionym miastem w kraju. Na całej Islandii żyje ok. 325 tys ludzi, zaś w samej jego stolicy 120 tys. Jest to również najbardziej wysunięta na północ stolica świata.

Jedną z głównych atrakcji miasta jest górujący nad całym miastem, kościół Hallgrímskirkja, o którym wspominałem już wcześniej. Innym, górującym nad miastem budynkiem, jest kolejny obiekt sakralny – Katedra Chrystusa Króla z 1929 roku (foto poniżej). Znajduje się w zachodniej części Reykjaviku, w dzielnicy Landakot, od centrum miasta jakieś 10-15 minut spacerem. Zabytek ten widywałem co prawda dzień w dzień, rano i wieczorem, z balkonu naszego pokoju, ale zdecydowaliśmy się do niego wybrać, dopiero w dniu wylotu.

Skoro już jesteśmy w tematyce zabytków sakralnych, to kolejną wartą uwagi atrakcją jest niewielka, lecz urokliwa katedra Dómkirkjan z 1796 roku (poniżej zdjęcie), w której to po raz pierwszy rozbrzmiał hymn Islandii, i w której do tej pory Islandzcy parlamentarzyści przed sesjami, uczestniczą w nabożeństwach. Jest to również jeden z najstarszych zabytków miasta. Katedra położona jest w centrum miasta przy ulicy Lækjargata.

Reykjavik to nie tylko kościoły, to przede wszystkim typowa skandynawska architektura, którą dostrzec można w zasadzie wszędzie, nie tylko w ścisłym, zabytkowym centrum miasta. Poniżej kilka fotografii budynków, prezentujących skandynawski styl, które można spotkać spacerując po mieście.

Innymi atrakcjami miasta są chociażby: Dom Althingu (Alþingishúsið) czyli siedziba islandzkiego parlamentu, która powstała w latach 1880-81. Warto nadmienić, że ten klasycystyczny budynek został zbudowany z bloków diabazu czyli magmowej skały wulkanicznej. Niegdyś poza samym parlamentem, w tym budynku mieściła się biblioteka narodowa, zaś w latach 1911-40 mieścił się tam Uniwersytet Islandzki. Do 1973 roku obiekt ten był również siedzibą prezydenta kraju.

Kolejną atrakcją jest siedziba prezydenta, lecz w tym przypadku, prezydenta Reykjaviku. Reykjavicki, postmodernistyczny ratusz powstał w 1992 roku. Zbudowany jest ze szkła, lawy oraz betonu. Ten na pozór bardzo surowy budynek położony na jeziorze Tjörnin, moim zdaniem idealnie wkomponował się w ład architektoniczny miasta.

W tak zwanym międzyczasie, spacerując ulicami Reykjaviku, w szczególności na trasie od Hallgrimskirkji do ścisłego centrum miasta, każdy znajdzie coś dla siebie – liczne bary, puby, restauracje, zarówno z kuchnią regionalną jak i europejską. Próżno tu szukać, typowych, znanych nam sieciowych fastfoodów.

Słowem podsumowania, najciekawsze jest to, że Reykjavik jest miejscem idealnym na spacery o poranku, w środku dnia, czy po zmroku. W piękny śnieżny i mroźny dzień, a nawet podczas typowej pluchy (sprawdzone). Niezależnie jak niesprzyjająca będzie pogoda, miasto to, chyba nigdy nie traci na uroku.

No i zapomniałbym chyba o najważniejszym. Nie można pominąć łabędzi i innego wodnego ptactwa mieszkającego na reykjavickim jeziorze, które czekają na turystów, a raczej na chlebek od nich.

Może Ci się także spodobać...

PARTNERZY