ZANZIBAR

Zanzibar to nieduża, rajska wyspa, która słynie z przepięknych, wręcz śnieżnobiałych, piaszczystych plaż, na których piasek jest drobny i lepki niczym mąka 🙂 Jeszcze kilka lat temu, hasło „Zanzibar” mówiło większości z nas niewiele, o ile mówiło cokolwiek. Więcej wiedzieli albo wytrawni znawcy geografii albo fani zespołu Queen i Freddiego Mercurego, który właśnie w zanzibarskim Stone Town przyszedł na świat. Obecnie Zanzibar to miejsce, które rozkochali w sobie Polacy, którzy coraz to liczniej wybierają to miejsce na swoje zimowe  wyjazdy. Coraz więcej pojawia się również ofert na nasz sezon letni.

Skoro powoli wchodzimy na tematy związane z terminami wyjazdów, to warto byłoby przedstawiać kiedy warto jechać, a kiedy zdecydowanie unikać Zanzibaru. Jeździć można tam w zasadzie przez cały rok, nie mniej jednak są 2 miesiące, kiedy na pewno nie ma po co tam lecieć. Tymi miesiącami są kwiecień i maj, kiedy to mają porę deszczową. W tym okresie większość hoteli i atrakcji na wyspie jest po prostu zamknięta. Dodatkowo są to miesiące, kiedy jest najmniej godzin słonecznych, bo tylko 6. Owa zanzibarska pora deszczowa może zacząć się chwile wcześniej, lub trochę się przeciągnąć, dlatego planując swoje wyjazdy warto mieć to na uwadze i wybierać terminy z pewnym zapasem. Pozostała część roku raczej nie powinna zniechęcać do podróżowania. Ewentualnie, aby minimalizować liczbę opadów, można zastanowić się, czy warto jechać w listopadzie i grudniu. To gorące miesiące, lecz może popadywać częściej niż w pozostałych miesiącach.

Zanzibar to nie jedna wyspa, a archipelag, który składa się z dwóch dużych wysp (Zanzibar i Pemba) oraz wielu mniejszych wysepek, który zlokalizowany jest na Oceanie Indyjskim.  Cały archipelag ma powierzchnię 2643 km², zaś sama wyspa Zanzibar to 1 658 km², co stanowi ponad połowę powierzchni archipelagu. Zanzibar jest największą wyspą Tanzanii, a od stałego lądu oddzielony jest Kanałem Zanzibarskim.

Warto wspomnieć w tym miejscu, że Zanzibar jest autonomią należącą do Tanzanii. Stolicą Zanzibaru jest miasto Zanzibar, stanowiące zarazem największy port archipelagu. Autonomia posiada swojego prezydenta, rząd i parlament, w skład którego wchodzi 50 parlamentarzystów.

Jak najlepiej dostać się na Zanzibar? W zasadzie najrozsądniejszą opcją to droga lotnicza. Jak ktoś się uprze, może polecieć na kontynent do Tanzanii, do Dar es Salaam i stamtąd przeprawić się promem (około 2-3h), ale więcej będzie z tym zachodu niż jest to warte 🙂 Chyba, że ktoś chce połączyć zwiedzanie kontynentalnej Tanzanii z późniejszym wypoczynkiem na Zanzibarze, to co innego 🙂 Jeśli chodzi o loty na Zanzibar, to ceny średnio oscylują w okolicach 3 tysięcy złotych za osobę w dwie strony w przypadku rejsówek. Wtedy jednak trzeba pamiętać, że zajdzie konieczność przesiadki, co nie każdemu odpowiada. Przesiadki najczęściej odbywają się w Dubaju, Stambule czy w Doha.

W przypadku gdyby chciał ktoś lecieć bez przesiadek, można skorzystać z ofert polskich biur podróży, które czarterują samoloty, dzięki czemu uniknie się bieganiny na obcych nam lotniskach. Obecnie za pośrednictwem biur można wylecieć z Warszawy, Katowic czy Wrocławia, ale wiadomo, to się stale zmienia.

Kupując loty czarterowe, w najgorszym wypadku zajdzie potrzeba wykonania międzylądowania technicznego na dotankowanie samolotu, co nie wiąże się z koniecznością wychodzenia z samolotu, i zajmuje około godziny czasu. W niektórych ofertach znajdziecie loty szerokokadłubowymi samolotami, które na Zanzibar dolecą bezpośrednio bez żadnych międzylądowań.  Co do cen, to wychodzi porównywalnie do linii rejsowych. Czasami warto sobie jednak przekalkulować, czy przypadkiem korzystając z różnych promocji (First Minute, Last Minute) kupno pakietu nie wyjdzie nas korzystniej niż wszystkiego z osobna.

No nic, wypadałoby przejść do tego, co można robić i pozwiedzać na Zanzibarze 🙂 Nim jednak do tego przejdę, powiem tylko, że w większości będą tutaj widoczne wręcz rajskie krajobrazy, ale na koniec pokażę trochę drugie oblicze Zanzibaru, którego często próżno szukać na Insta czy Facebook’ach. Każdy medal ma dwie strony i nie inaczej jest w zanzibarskim raju. Luksusowe, lub zwyczajnie dobre hotele i rajskie plaże, nieraz kontrastują z biedą i niekoniecznie katalogowymi plażami.

PLAŻE ZANZIBARU

Może zacznijmy od plaż, które są wręcz reklamówką wyspy. W zdecydowanej większości to co wręcz uderza, to śnieżnobiały piasek, który swoją konsystencją przypomina mąkę. Odbijające się od niego promienie słoneczne rażą niczym te, które spotykamy na zaśnieżonych stokach narciarskich 😛 Należy pamiętać, że na Zanzibarze występują dość znaczące przypływy i odpływy. Nie raz widać jak przy terenach hotelowych lub przy knajpach zlokalizowanych przy plaży, są porobione murki, które oddzielają dany teren od reszty plaży. Woda niekiedy potrafi podejść bardzo wysoko, po to by na koniec dnia lub na następny dzień, cofnąć się nawet o kilka kilometrów.  Sytuacja czasami potrafi zmieniać się błyskawicznie, dlatego jeśli chcemy iść wgłąb mielizny, lub chcemy przejść się na spacer wzdłuż plaży lepiej nie zabierać ze sobą nic co może się zamoczyć. 

Zacznijmy od plaży, która na nas zrobiła chyba najlepsze wrażenie, czyli od plaży Paje, która zlokalizowana jest na południowym wschodzie wyspy, na wysokości Jozani Forest.

Plaża ciągnie się przez kilka kilometrów i 3 wioski – m.in. Dongwe, Bwejuu i właśnie Paje (patrząc od północy). To co wyróżnia tą plaże od innych, to to, że w wodzie można przejść te kilka kilometrów po piasku, bez konieczności zakładania butów do wody.

Blisko brzegu ciężko tam o kamienie czy kawałki rafy, dzięki czemu nie narazimy się na jakieś skaleczenia. Dużym atutem plaży, w regionie wioski Paje (jak nasz taksówkach to określił – najlepszej wiosce w całej Afryce! 🙂 ) jest jej zagospodarowanie. Przede wszystkim, jest to najlepszy na wyspie spot wind i kitesurfingowy. Pełno tam baz, w których można wykupić sobie lekcje, lub wypożyczyć sprzęt.  Skoro są tam takie miejsca, to nie mogło również zabraknąć klimatycznych knajpek, gdzie można wypić świetną kawę lub zjeść coś pożywnego. Nam najbardziej do gustu przypadła knajpa Mr. Kahawa 🙂 (fot. poniżej)

Sympatycznym miejscem jest również restauracja/kawiarnia Delight.

Jeśli chcecie połączyć plażowanie lub sporty wodne z zakupami, to i w tym aspekcie Paje daje radę 🙂 To chyba jedyne miejsce na wyspie, gdzie w jednym miejscu znajdziecie takie sklepy jak Ikea, Gucci czy Harrods 😛 Poniżej zdjęcia, żeby nie było, że jakiś kit wciskam 🙂

A tak na serio, to jest z czego powybierać, można ponegocjować, ale to czy uzyskacie swoją idealną cenę, dużo będzie zależało od nastroju sprzedawcy. Jedni chętnie negocjują i pozwalają zbić cenę nawet o 50%, inni zaś dają zaporową kwotę i nawet nie chce im się bawić w negocjowanie. Wychodzą chyba w założenia, że jak cena nie odpowiada to idź sobie „muzungu” poszukaj dalej.  O właśnie! 🙂 Zapomniałbym o dość istotnej kwestii – muzungami jesteśmy my wszyscy, czyli biali turyści 🙂

My w Paje byliśmy 2 razy na dłużej. Raz wybraliśmy się tam na SUP’a czyli na Stand Up Paddleboard, co było w głównej mierze pomysłem mojej Karoliny, a ja się grzecznie podporządkowałem 🙂 Zabawa przednia, ale ewidentnie to sport, w którym ona czuje się znacznie lepiej ode mnie 😛 Ja więcej byłem w wodzie niż na desce 😛

Koszt, nazwijmy to zajęć z osobą która się na tym zna to około 40 USD/os za około 2-3h przyjemności. Można też wynająć samą deskę za około 15 USD/godzina. Do tego dochodzi koszt potencjalnej taksówki. My za transport, który załatwili nam ludzie od SUP’a, płaciliśmy 70 USD (z hotelu w okolicach Uroa), z tym że kierowca czekał na nas w umówionym miejscu cały dzień, gdyż zostaliśmy tam sobie na plażing.  Cena nie odbiegała zbytnio od tego co sami byśmy sobie załatwili bo jak później ponownie jechaliśmy na tą plażę (większą grupą) to płaciliśmy za taksówkę podobnie, lecz rozłożyło się na to więcej głów.

Kolejną plażą, którą warto „zaliczyć” jest plaża w Nungwi na samej północy wyspy. Tak jak w przypadku Paje, tak samo w Nungwi przy plaży znajdziecie sporo różnej maści straganów oraz restauracji, co sprzyja długiemu wypoczynkowi w tamtym miejscu. Plaża również długa i bardzo szeroka, z prawie idealnym piaskiem 🙂

Jest to popularne miejsce na obserwowanie zachodów słońca. Tak samo było i w naszym przypadku gdzie po snurkowaniu na Atolu Mnemba i późniejszym plażowaniu vis a vis tej wysepki, udaliśmy się na jakżeby inaczej – zimniuteńkie piwo i zachód słońca 🙂 

Tak jak jeszcze nieco po 16, na plaży nie było widać zbyt wielu turystów, to im bliżej było godziny 18-18:15 tym więcej pojawiało się turystów czekających na wspomniany właśnie zachód słońca.

Wyżej wspomniałem o snurkowaniu na Mnembie. Po pływaniu, było trochę czasu na relaks na plaży, która jest kilka kilometrów na północ od wioski Kijambani. Tą plażą jest Muyuni Beach. Widoki są wręcz rajskie. Woda mieni się chyba w każdym możliwym odcieniu turkusu 🙂 Jedynym minusem jest brak infrastruktury. Jest tam hotel, na teren, którego i tak wejść nie można, więc jak komuś coś się „zachce” to zostaje łono natury. Nie mniej jednak warto spędzić tam trochę czasu.

Ostatnią już plażą, na której mieliśmy przyjemność gościć, jest plaża w Uroa. Kilka kilometrów bielutkiego piasku, sklepiki i miejsca gdzie można coś zjeść. Plaża ładna, nawet bardzo ładna, lecz po pobycie czy to na Paje Beach czy na Muyuni Beach, po prostu nie robi już takiego wrażenia jak w pierwszy dzień 😛

JAK ZWIEDZAĆ NA ZANZIBARZE?

Nim przejdę do tego, co warto zwiedzić, może w kilku zdaniach przedstawię jak można poruszać się po wyspie.  To co dla kogo będzie najbardziej optymalne, to każdy musi sam zdecydować 🙂

Na wyspie jeździ komunikacja, która jest najtańszym środkiem transportu. Oczywiście i tak jak turysta będzie chciał skorzystać z „dala dala” (tak nazywają się małe busiki z zadaszoną paką) to skasują go więcej, ale nie zmienia to faktu, że są to raczej groszowe sprawy. Cen nie znam, gdyż sami nie korzystaliśmy z tej opcji poruszania się. Problem to rzecz jasna brak jakichkolwiek rozkładów. Nigdy nie wiesz kiedy przyjedzie dany bus, a czy jak przyjedzie to czy w ogóle znajdziesz w nim dla siebie miejsce. Nawet na dachu… Poniżej fotka dala dala nr. 233 🙂

Wypożyczenie auta na Zanzibarze to sprawa trochę bardziej skomplikowana. Aby móc poruszać się po wyspie, trzeba mieć tamtejsze prawo jazdy, którego wyrobienie kosztuje około 20 USD i trwa to 1 dzień. Ewentualnie można wcześniej ogarnąć to przed przyjazdem, przez jakąś wypożyczalnię aut, to prawko będzie już na kierowcę czekało. Co do samego jeżdżenia po wyspie, to drogi są całkiem dobre, nie ma na nich wielkiego ruchu. Najgęściej jest w okolicach stolicy wyspy, w szczególności w godzinach wieczornych. Wtedy, wydawać by się mogło, że obowiązuje prawo dżungli, a nie przepisy drogowe. Co do przepisów, to na wyspie można poruszać się z maksymalną prędkością 60 km/h z wyłączeniem dwóch dróg, gdzie można jechać szybciej (do 80 km/h). Oczywiście rzeczywistość jest zupełnie inna 🙂 Problemem zatem dla turystów nie są złe ani zatłoczone drogi, a lokalna, mocno skorumpowana policja, która zawsze znajdzie na kogoś paragraf. Policji nie da się uniknąć, gdyż mają na drogach poustawiane posterunki. W zasadzie wszyscy zgodnie twierdzą, że sporo kasy wtedy trzeba przeznaczyć na dawanie w łapę, bo inaczej nie puszczą dalej. I tak ponoć już od jakiegoś czasu, jest trochę lepiej. A przynajmniej tak zdradził taksówkach, który wiózł nas na SUP’a do Paje. Podobno były przypadki, gdzie jakimś cudem udało się turystom nagrać nachalność policji co do łapówek- i trafiały one na rozmaite portale społecznościowe, co w końcu dotarło również do lokalnych władz i kilkoro policjantów straciło pracę.  W teorii bardziej się boją brać, ale jak to jest w praktyce to kij wie. Jeden z kierowców, który woził naszą grupkę na rozmaite wycieczki, sam musiał policjantowi zapłacić… Jeśli jednak ktoś się zdecyduje na wynajem auta i samodzielne jeżdżenie, to lepiej unikać jazdy po zmroku. Drogi są nieoświetlone. Wioski przez które się przejeżdża również za wiele światła nie dają, a poboczami chodzi bardzo dużo mieszkańców, którzy nagle pojawiają się obok auta. Rower ze sprawnymi światłami to również nieczęsty widok…

Zorganizowane wycieczki. Jak wszędzie, tak i na Zanzibarze, można zakupić już gotowe wycieczki. Tu też jest kilka wariantów do wyboru. Dużo będzie uzależnione do tego jak czujemy się np. ze zwiedzaniem z lokalsami, a jak z wycieczką z biura, z którym przylecieliśmy na Zanzibar. Tak zwane fakultety kupowane z biur podróży są znacznie droższe w porównaniu do tego, ile możemy zapłacić organizując sobie coś wcześniej z Polski lub na miejscu. Wycieczki z biura podróży mają ten plus, że jesteśmy pod opieką pilota/rezydenta i zawsze gdyby cokolwiek się stało, jest ktoś kto nam pomoże i porozumiewa się w znanym nam języku 🙂 Często sama organizacja różni się pewnymi detalami – to łódka będzie trochę lepsza, to miejsce, w którym zjemy lunch będzie „ładniejsze” czy będą nam co chwile dawali butelkę wody. Tak jak wspomniałem, można też umówić sobie wycieczki jeszcze przed przylotem. Coraz więcej pojawia się ofert polskojęzycznych. Może być to osoba z Polski, która zapuściła tam korzenie, lub lokals, który nauczył się mówić po polsku. My chcieliśmy sobie wszystko załatwić przed przylotem, i wiele wskazywało na to, że będzie tak jak sobie zaplanowaliśmy. Niestety osoba, z którą byliśmy w kontakcie nagle zamilkła, i gdyby nie to, że poznaliśmy grupkę świetnych ludzi w hotelu, to bylibyśmy w czarnej (nie przebierając w słowach) dupie. Tym samym podpięliśmy się do wycieczek, które oferował tzw. beachboy na plaży przy hotelu (przed, którymi tak bardzo ostrzegają biura). Abstrahując już od tego, że po pewnych negocjacjach, ceny jakie mieliśmy za wycieczki były około 3 razy niższe niż w biurze podróży, to organizacja była na bardzo, ale to bardzo wysokim poziomie.  Programy można było edytować pod siebie, w zasadzie do woli. Jak trzeba było załatwić daszek na łódkę to minuta, dwie, jeden telefon i następnego dnia dach był dostawiony. Da się? Da!

CO ROBIĆ, CO ZWIEDZAĆ NA ZANZIBARZE?

Zaczniemy od Jozani Forest, a dokładniej: Jozani Chwaka Bay National Park. Z czego znany jest ten, zanzibarski Park Narodowy? W głównej mierze z występujących tylko na Zanzibarze, małp Red Colubus (po polskiemu, w uproszczeniu – Gerezanka). Nie ma co okrywać, że to właśnie gerezanki są największą atrakcją parku.

To one przyciągają turystów, a nie bujna jak na zanzibarskie warunki, roślinność, z której również słynie Jozani Forest.  Cały park ma powierzchnię około 50 km², a założony został w 2004 roku. Zwiedza się oczywiście tylko jego fragment. Wejście to koszt około 10 USD/os. Czas jaki należy na to przeznaczyć to około 1-2h.  Zwiedzanie odbywa się tylko z parkowym przewodnikiem, który na „dzień dobry”, prowadzi każdą grupę pod tablicę z zasadami panującymi w parku. Najważniejszą z nich jest nie zbliżanie się do małp, ich niedokarmianie, oraz nie wchodzenie z nimi w interakcje. Oczywiście zasada zachowania odległości 2-3 metrów od nich to czysta fikcja, bo telefony czy aparaty ludzi, nierzadko są kilkanaście centymetrów od małp, które niekiedy wręcz znakomicie pozują 🙂 Jedno trzeba podkreślić – dokarmiania faktycznie tam nie ma.  Samo zwiedzanie rozpoczyna się spacerem przez las, gdzie przewodnik opowiada o tamtejszej florze, i przedstawia zasadność powstania Parku Narodowego.

Przy odrobinie szczęście, napotkacie takie tyci tyci żabki, których rozmiary są wręcz mikroskopijne 🙂 Poniżej zdjęcie jednej z nich, na wcale nie wielkim liściu 😛

W trakcie spaceru, przewodnik nie raz podniesie coś z ziemi zachęcając do spróbowania i odgadnięcia cóż to może być 🙂 Drugim punktem zwiedzania jest to, na co każdy czeka czyli małpy Red Colubus. Poniżej sesyja 🙂

Na koniec, można przejść, lub podjeżdża się dosłownie 2 minuty busem pod las namorzynowy, gdzie kładkami spaceruje się może jakieś 15-20 minut.

Ten fragment jakiegoś większego wrażenia nie robi, w szczególności dla osób, które już wcześniej zetknęły się z takimi lasami w innych częściach świata. nie mniej jednak, jak już tam jesteśmy, to szkoda nie skorzystać. Gdy nie ma praktycznie wody, i więcej tam błota i korzeni, oczu ukazują się małe krabiki 🙂

The Rock Restaurant, czyli jedna z bardziej znanych restauracji na Zanzibarze. Warto się przejechać, aby ją zobaczyć. Czy jeść, to już każdemu pozostawiamy ten wybór. My postawiliśmy po prostu na jej zobaczenie 🙂 Sama knajpa położona jest przy wiosce Dongwe na wschodzie wyspy. Jeśli ktoś chce ją tylko zobaczyć, najlepiej z czymś to połączyć, np. z wyżej wspomnianym Jozani Forest lub z poplażowaniem w okolicach Paje.  Sama restauracja nie robi aż tak piorunującego wrażenia jak na fotach w internecie. Zapewne lepiej to wygląda gdy jest pełny przypływ niż odpływ. Poniżej wrzucę zdjęcia, które mogą bardziej zachęcić do The Rock, oraz te, które pokazują jak często wygląda to na prawdę, gdy cofnie się człowiek parę kroków, i z innej perspektywy cyknie fote.  Planując posiłek w The Rock, najlepiej dokonać wcześniejszej rezerwacji, gdyż jest tam dosłownie kilka stolików (http://www.therockrestaurantzanzibar.com/)

Bardzo popularne w tym regionie świata są farmy przypraw, czyli tzw. Spice Tour’y. Tego typu farm, na Zanzibarze jest wiele, w szczególności z okolicach Stone Town, dlatego warto połączyć to w jedno.

Bardzo często, wstęp i oprowadzanie na farmie jest bezpłatne.  Żyją z tipów, które zostawiają im turyści, a przynajmniej działa to w ten sposób, gdy podjeżdża się z lokalsami. Czy byłoby tak samo w przypadku jednej czy dwóch osób, które podjechałyby tam indywidualnie, to ciężko stwierdzić, ale wydaje mi się że tak.

Na spacer po plantacji przypraw trzeba przeznaczyć około 1,5h do 2h. Będzie to świetna okazja by zobaczyć jak uprawiane są lokalne owoce i przyprawy np. ananasy, wanilia, pieprz, kakao czy jack fruit czyli po naszemu – chlebowiec.

Podczas zwiedzania, w zasadzie cały czas próbujemy tego co tam rośnie. Jemy to lub cieszymy się aromatem 🙂 Całość zwieńczona jest zazwyczaj udekorowaniem zwiedzających, robionymi ręcznie z liści, koronami, krawatami i czymś co przypomina bransoletki 🙂

Dodatkowo na deser, poczęstunek sokiem ze świeżego kokosa, czyli tzw. „Zanzibar Cola” wraz z pokazem ich zdejmowania z palm. Okraszone to jest wokalnymi popisami ścinającego 😛 

Nim przejdziemy do samego Stone Town, zatrzymajmy się na chwilę na Prison Island (Changuu), którą również można dołączyć do wycieczki ze stolicą wyspy. Prison Island to niewielka wysepka, która oddalona jest o około 20-30 minut rejsu od portu w Stone Town. Słynie ona  w szczególności z żółwi, które naturalnie występują tylko na Seszelach oraz na tej małej, zanzibarskiej wyspie. Najmniejsze, odizolowane od reszty oraz ludzi, wyglądają jakby dopiero co się wykluły. Najstarsze zaś mają ponad 200 lat!!! Największą w tym wszystkim atrakcją jest możliwość ich karmienia. Na wejściu (mimo napisu by ich nie dokarmiać) otrzymuje się liście sałaty, na które te żółwie są niesamowicie łase 🙂

Nawet nie wiedziałem, że potrafią być takie szybkie 😛 Chociaż każdy kto głodny pewnie zachowałby się tak samo 😛 W przeszłości Prison Island była wyspą, na której handlarze więzili niepokornych niewolników. Po wizycie u żółwi można tam również poplażować, lub posilić się knajpce, która znajduje się blisko jedynego hotelu na tejże wysepce.

No i jesteśmy w stolicy wyspy, czyli Zanzibar Town, które dzieli się na dwie części: Ng’ambo oraz wymienione wcześniej nie raz, Stone Town. Ng’ambo to nowsza części miasta, która początkowo była osadą niewolników. W momencie wyzwolenia spod brytyjskich wpływów, Ng’ambo zaczęło szybko się rozrastać, osiągając większe rozmiary niż Stone Town. To właśnie Kamienne Miasto jest główną atrakcją turystyczną, aczkolwiek warto chociaż przejechać się przez Ng’ambo, aby zobaczyć jak wygląda tamtejsze życie 🙂 Stone Town to także miejsce, w którym na świat przyszedł Freddy Mercury (ur. 1946r.), a właściwie  Farrokh Bulsara. W trakcie zwiedzania miasta, zawsze podchodzi się pod jego rodzinny dom, w którym mieszkał do 18 roku życia, nim z powodu wojny domowej na Zanzibarze, wyemigrował wraz z rodziną do Anglii. 

Nie licząc zabytków, Stone Town to również dobre miejsce na zakupy 🙂 Jednak jeśli chodzi o pamiątki, to właśnie w stolicy wyspy, handlarze są najbardziej namolni. Z drugiej strony, wybór jest tam zdecydowanie największy. Z całą pewnością, warto wybrać się na lokalny targ, gdzie można zaopatrzyć się przyprawy, które zawsze są dobrym suwenirem 🙂

Oczywiście jak to na targu, kupić można i mięsko i rybę, ale to gorzej przywieźć 😛

Nie mniej jednak, lokalne targowiska to miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić, by poczuć lokalne klimaty. 

Jeśli ktoś zechce zrobić sobie przerwę na kawę, warto odwiedzić Zanzibar Coffee House, gdzie na deser można wejść na samą górę kawiarni, by podziwiać panoramę miasta. 

Skoro już jesteśmy przy widokach z góry, to bardzo popularnym miejscem wśród turystów jest Africa House Hotel 4*. Z baru, który zlokalizowany jest na tarasie widokowym, podziwiać można wspaniały zachód słońca. 

Warto wybrać się do starego fortu, który znajduje się nieopodal Forodhani Gardens. Obecnie w niegdysiejszej twierdzy spotkać można handlarzy, u których łatwiej wynegocjować korzystne dla nas ceny, niż w przypadku innych miejsc w Stone Town. 

Poniżej zdjęcia Forodhani Gardens. 

Miłośnicy lokalnych kulinariów, powinni zatrzymać się w Forodhani Gardens szczególnie pod wieczór, gdyż około godziny 18:00, gdy się ściemni, rozpoczyna się nocny targ z jedzeniem. To idealna okazja by popróbować lokalnych smaków, oraz aby zobaczyć, jak mieszają się tu wpływy arabskie, afrykańskie i hinduskie. 

Poniżej wąskie uliczki Stone Town oraz katedra St. Joseph:)

Wiele, jak nie większość hoteli, ma pod swoją opieką okoliczne szkoły, na które zbierają dotacje. Często również organizują na zasadzie hotelowych animacji, wyjścia do pobliskich wiosek celem pokazania codziennego życia mieszkańców Zanzibaru.

Oczywiście w trakcie takiego spaceru odwiedza się również pobliską szkołę, gdzie można obdarować dzieci różnymi prezentami 🙂

Każdy, nawet najmniejszy drobiazg sprawia im niesamowitą radość! 🙂 Pamiętajcie tylko by nie dawać dzieciom pieniędzy, a jeśli chcecie już koniecznie dać słodycze, to najlepiej poprosić dorosłego aby takie słodkości rozdzielił po równo. My zawsze w takie miejsca jeździmy z dużą ilością kredek, mazaków i zeszytów 🙂  

Czasami wystarczy wziąć na ręce by na twarzach dzieci pojawił się uśmiech 🙂

Skoro już trochę pozwiedzaliśmy, to przejdźmy do innych aktywności, które można robić na Zanzibarze. Miłośnicy snurkowania z pewnością nie będą zawiedzeni. Koniecznie powinni wybrać się na snurkowanie na Atolu Mnemba. Ponoć to jedno z 10 najlepszych miejsc na świecie do snurkowania. 

Inną opcją może być Safari Blue, czyli rejs tradycyjnymi łodziami Dhow, który połączony jest ze snurkowaniem. Rejsy Safari Blue odbywają się na południowym zachodzie wyspy, w okolicach wioski Pumba. My akurat wybraliśmy spośród tych dwóch atrakcji, Mnembę 🙂 

Ci, którzy chcieliby zobaczyć delfiny w ich naturalnym środowisku, a nie w  zamkniętych delfinariach czy innych wodnych parkach zoologicznych, powinni wybrać się na rejs, który rozpoczyna się na południe od wsi Jambiani. Chętni mogą nawet przez chwilę z nimi popływać, jeśli sprzyja im szczęście rzecz jasna. Z tym pływaniem to może za dużo powiedziane, ponieważ do wody wskakuje się w momencie gdy delfiny płyną obok łodzi i widzi się je przez dosłownie kilka chwil, ale mimo tego warto! Zobaczyć je w ich naturalnym środowisku, w wodzie choć przez chwilę, to na prawdę świetne uczucie 😀 

Na Zanzibarze pływać można również w żółwiami, na północy wyspy, w okolicach Nungwi, ale ponoć nie jest taka jakaś niesamowita atrakcja. Z tego co mówił nam lokalny sprzedawca wycieczek. A Skoro mówi to osoba, której celem jest zarobić jak najwięcej na turystach, to coś w tym musi być. Nie mniej jednak nie zniechęcam. Jak ktoś chce to czemu nie 🙂 My się na to nie zdecydowaliśmy. 

O sportach wodnych w okolicach Paje wspomniałem już wyżej, ale krótko przypomnę – to idealne miejsce dla osób chcących spróbować swoich sił w wind i kitesurfingu oraz na SUP’ie 🙂

W tydzień, chcąc również trochę wypocząć, ciężko zobaczyć wszystko. Jednym z miejsc, do których się nie wybraliśmy, a długo się nad tym zastanawialiśmy, jest Cheetah’s Rock (http://cheetahsrock.org/) To miejsce jest swojego rodzaju azylem dla rzadkich, lub pokrzywdzonych zwierząt, które prowadzone jest prywatnie. Nie ma nic wspólnego z lokalnymi ani krajowymi władzami. 

Tak jak na początku obiecałem, wrzucę kilka zdjęć, które nijak mają się do rajskiego oblicza Zanzibaru. Tam też potrafi popadać, lub plaże mogą zajść glonami 😛

To by było chyba na tyle 🙂 

Może Ci się także spodobać...

PARTNERZY